Świąteczna wizyta
Catherina Elliott© a.k.a. Koticzka©

Disclaimer: Jedyną korzyścią, jakiej oczekuję pisząc tę historyjkę, jest chwila rozrywki, jakiej być może zazna kilku czytelników tego tekstu. Zarówno świat, jak i większość postaci, które rozpoznacie zostały stworzone i należą do Pani J.K. Rowling (i paru instytucji, które wykupiły prawa autorskie...).

Autorowi "Rozrywek Duchów Rozrywki"

Profesor eliksirów Wyższej Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, Severus Snape odsunął się od biurka i rozprostował na swoim fotelu. Ostatni z pergaminów z marnymi wypocinami gryfindorskich tępaków wylądował na stercie – pod domyślną nazwą „przeczytane, sprawdzone, zje...chane”.
Czarodziej westchnął ciężko i rozmasował zesztywniały kark, próbując pozbyć się sieczki, jaką przez ostatnich kilka godzin musiał karmić swój delikatny, wyrafinowany mózg. A mówią, że nie ma nic gorszego niż Azkaban!
Profesor wstał, wzdrygnął się i sięgnął po ciepłą pelerynę, jednocześnie zaklęciem powiększając i tak już wielki ogień na kominku. Wiosenne noce potrafią być przenikliwie zimne.
Przykleił haczykowaty nos do witrażowych szybek okna jego podziemi. Jak na podziemia znajdowały się na przyzwoicie wysokim poziomie – wysoki poziom był generalnie słabostką Snape’a, nawet jeśli nie rzucało się to w oczy. Co do podziemi, to ich wysoki poziom był bardziej niż konieczny, bo nawet najszczelniejsze czary przeciekałyby od pobliskiego jeziora, którego poziom konkurował niepokojąco z poziomem mistrza eliksirów podczas silniejszych opadów.
Myśl o opadach silniejszych niż kiedykolwiek nieprzyjemnie potrząsnęła skostniałym ciałem mężczyzny, aż zadzwoniła szybka, do której wciąż tkwił przyklejony. Nad zamkiem Hogwart, w którym mieściła się szkoła nieprzyzwoicie jasno świecił księżyc, bliski pełni. Po lochu, pardon, po gabinecie profesora przemknęło nader brzydkie przekleństwo, wypowiedziane aksamitnym, słodziutkim głosem.
- Powodzenia, Lupin. Wesołych Świąt – zachichotał złowieszczo Snape.
- Wesołych Świąt, profesorze – powtórzyło z przekąsem zaczarowane (jak większość przedmiotów w szkole) lustro.
- CISZA! – ryknął groźnie Snape, aż jego odbicie skurczyło się z przerażoną miną – Wesołych Świąt... Prhi!
Wzruszył ramionami, ale dobry humor po parędziesięciu lampach wsadzonych Gryfonom, w tym Porterowi (YESSSS!) prysnął bez śladu.
Sen był odległy jak ta czarownica, która mieszkała za siedmioma górami, za siedmioma lasami... etc. – ta sama, o której Snape tak nie znosił przez... mniejsza o to. Lepiej nawet nie myśleć, bo się jeszcze upomni, a wtedy... Już lepszy Azkaban...
Otulił się peleryną jeszcze szczelniej i doskoczył ze splątanymi ciasno nogami do fotela przed kominkiem. Po kwadransie udało mu się uwolnić okutaną w wełnę rękę, po kolejnym wyszarpnął ze swojego ciasnego kokonu różdżkę i z ulgą przywołał kieliszek koniaku. Ale nawet koniak smakował jakoś tandetnie.
- Wesołych Świąt! Odkąd to czarodziej obchodzą takie święta?! – parsknął – Pewnie że wesołe, wszyscy wyjechali. Nawet Filch! Ciekawe do kogo... - odruchowo zastanowił się, jaki masochista przyjmie Filcha na Święta.
Nie wiedzieć czemu myśl o woźnym szkolnym spędzającym przerwę w czymkolwiek towarzystw rozzłościła profesora do tego stopnia, że zerwał się z fotela, nie tylko utrzymując równowagę, ale i rozplątując pelerynę. Z trzaskiem odstawił kieliszek (nóżka poszła w pył, ale magiczna siła utrzymała szkło w pionie) i wyszedł. Maszerował gniewnie przez alejki, przez boisko Quddicha, zawrócił wokół wielkiego jeziora. Normalnie magiczny krajobraz w ostrych srebrnych promieniach wydawał się irytująco mugolski. Nawet jednego zaczarowanego nietoperza. Żadnego plusku ośmiornicy. Ani wycia wilkołaka! Profesor znowu zaklął brzydko, wkładając w to całą swoją rozdartą duszę.
- Ładnie tak? Taki profesor i tak brzydko klnie! A fe! – zapiszczał głosik z krzaków.
- A bo to przez tą $%@#& pełnię! – wyrzucił i zdrętwiał – Co tu jest!? Kto tu jest!?
Różdżka Snape błysnęła złowrogo w białym świetle. Każdy jego muskuł napięty do granic wytrzymałości gotowy był do ataku, a jego oczy lśniły blaskiem, który sam w sobie potrafi zabijać. Takim widywał go nieraz jego przyjaciel Lucjusz, dawno temu, kiedy razem, ze wzburzonymi włosami i zajadłością na twarzy... Prawda, Snape przypomniał sobie, gdzie teraz leży jego lojalność.
- Wyłaź, szmatławcu! Staw czoło mistrzowi, tchórzu!
Z krzaków wygramolił się dwumetrowy różowy królik z białą kokardką pod szyją.
- Spoko. Jestem ten... nieuzbrojony! – obruszył się i zaczął futerko otrzepywać z suchych liści i gałązek.
Snape stał nieruchomo w pozycji bojowej z wyrazem twarzy lekko... tępawym.
- Powiedziałem, że jestem ten... nieuzbrojony! – powtórzył królik dobitnie.
Snape odruchowo opuścił różdżkę.
- Czego tu szukasz?
- Jejku! – parsknął królik, starannie akcentując każde ‘j’ – I to ma być ten błyskotliwy umyśl, który podziwia pół żeńskiego niedojrzałego emocjonalnie świata mugolskiego?! – Jajek, nie?! A czego? Choinki?! Wielkanoc idzie, nie?! – denerwował się.
- To znaczy, że jesteś... - mistrz eliksirów zawiesił głos, próbując bezskutecznie odzyskać resztkę godności.
- No? – różowy dwumetrowy stwór wyzywająco tupał łapą.
- ... wielkanocnym zajączkiem, spodziewam się.
- No, każdy się spodziewa. Ale nie, rozczaruję pana profesora! Ja jestem wielkanocnym królikiem. Nie mylić z króliczkiem z Playboya! – królik uśmiechnął się zgryźliwie, nie gorzej niż sam Snape.
- Nie widzę... takiego ryzyka – poprawił się szybko, dostrzegając groźny błysk w oku okolonym różowym futerkiem.
Miejsce na mordce królika, w którym u ludzi przypada lewa brew, uniosło się w górę.
- Dziękuję.
- Może... - odchrząknął Snape, próbując odegnać idiotyczny pomysł, który nagle uczepił się jego myśli i nijak nie dał się powstrzymać przed werbalizacją – Może wejdziesz na herbatę.
Królik uśmiechnął się radośnie, podskoczył w miejscu kilkakrotnie i owinął różowe łapy wokół chudego profesorskiego ciała, aż chrupnęło.
Po chwili wysrebrzoną księżycem łąkę przemierzały dwie sylwetki – nieco utykający, dziwnie zgięty w krzyżu mistrz eliksirów i dwumetrowy królik, podskakujący przy każdym kroku.

***

Profesor zbudził się i długo patrzył w sufit, próbując zapomnieć o śnie, którego debilizm przekraczał jego najśmielsze wyobrażenia. Nagle usiadł na pościeli.
To nie był sen.
Do drzwi ktoś się dobijał. Snape nie miał złudzeń. Za drzwiami jego przytulnej sypialni stał intruz - wielki dwumetrowy różowy królik wielkanocny. Osobiście pokazał mu wczoraj Hogwart i ulokował w najlepszym z pokoi gościnnych. I zaprosił na śniadanie.
Zwlókł się zrezygnowany z pościeli i narzucił aksamitny szlafrok, postanawiając z żelazną konsekwencją i stalową cierpliwością znosić wszelkie konsekwencje swoich durnych wyskoków. Podobno na tym polega dorosłość, jak mawiała babcia, polewając obficie dezynfekującym eliksirem jego rany po upadku z drzewa, wieży czy miotły. Snape był już dorosły. I nijak nie dało się tego odkręcić. Zaklął – chociaż jeden z nielicznych przywilejów dorosłego życia.
- No,no! – pogroził różową pięścią królik, gdy tylko gospodarz uchylił drzwi – rozmawialiśmy już o tym.
- Przepraszam – wymamrotał Snape, zapraszając królika.
- Zaraz zamówię śniadanie. Masz jakieś szczególne życzenia? Jajka na bocz... - królik dostał wytrzeszczu ze zgrozy i oburzenia i zrobił się jeszcze bardziej różowy na pyszczku; Snape szybko się poprawił - Przepraszam, znaczy, sałata, marchewka?
-Nie, obojętne. Ale jeśli macie ten sławetny sok z dyni, to chętnie skosztuję – uśmiechnął się obłaskawiony gość i rozsiadł na ulubionym fotelu profesora, zakładając łapę na łapę.
Snape bezradnie patrzył, jak królik zagląda niedyskretnie w jego pergaminy z notatkami i przegląda leżące na stoliku książki, rujnując ich przemyślany porządek.
- Nie krępuj się, zaczekam, aż się ogolisz. Wiesz, wprawdzie my, króliki, nie mamy tego problemu, ale to nie znaczy, że... rozumiesz.
Snape pokiwał głową i zniknął w łazience. Dopiero po wyjściu spod prysznica uświadomił sobie, że jego cała bielizna, koszule, spodnie i całe ubranie zostało w pokoju, a rzucony na ziemię szlafrok domowe skrzaty zdążyły po swojemu zabrać do prania. Przez szparę w ledwie uchylonych drzwiach Snape wysunął różdżkę, oglądając się, czy królik nie widzi i wyszeptał, jak potrafił najciszej „Accio ubranie”, celując w szafę.
- Nie krępuj się, nie patrzę! – piszczący głos gościa poderwał Snape’a, aż walnął łokciem we framugę.
- Jeju! – zawołał królik znowu akcentując ‘j’ – Uważaj, bo sobie coś zrobisz! Nie mam kursu pierwszej pomocy! Miałem wtedy anginę i... potem jakoś tak wyszło... - tłumaczył się mętnie zwierzak, podczas gdy Snape łapał lewitujące w powietrzu części garderoby.
Szczególnych kłopotów dostarczały dzisiaj skarpetki, droczące się z właścicielem jak dwie zmutowane ważki.
- Uuuu, ale pachniesz! Czego używasz? Zresztą nieważne – królik obwąchiwał Snape’a, któremu udało się wreszcie bez dalszych problemów wydostać z łazienki w pełnym rynsztunku – To co, śniadanko?
Królik zatarł łapy, sięgnął po białą serwetkę, strzepnął ją i ostentacyjnie przysunął do brody, jakby chciał wsunąć za białą kokardę, i łypnął na Snape’a.
- Żartuję – parsknął śmiechem i położył serwetkę na kolanach, po czym zajął się swoją sałatką ze świeżych warzyw – Niezła kuchnia, naprawdę niezła!
Snape żachnął się skromnie, uwaga mile połechtała jego patriotyzm instytucjonalny. Przez chwilę jedli w milczeniu.
- Nie narzekamy. Nie chciałbym być wścibski, ale twoja obecność tutaj jest dla mnie dość nieoczekiwana.
- Och, zwykle nikt nie ingerował w moje poszukiwania – odparł królik z dystynkcją, dokładając sobie kolejną porcję sałatki – najwyraźniej szukanie pisanek nie leży w zwyczaju uczniów tej znamienitej szkoły.
- Rzeczywiście – skwitował krótko Snape – Sam zdziwiłbym się, znajdując jakieś kolorowe jajka w tutejszych krzakach...
- Zdziwiłbyś się znajdując je kiedykolwiek.
- Co masz na myśli? – profesor poruszył się niespokojnie, czując powracający niepokój wczorajszej pustej nocy.
- Nic. Ale dobrze zabrzmiało, nie? Wiesz, dramatyzm chwili – ucieszył się – Może się przejdziemy po okolicy? Poszukałbyś ze mną tych pogiętych pisanek. Sam nie obskoczę całego rewiru do Gwiazdki!
Próba udławienia się tostem spełzła na niczym, więc Snape kiwnął tylko głową.
Po śniadaniu maszerowali z królikiem bez pośpiechu, zaglądając pod każdą podejrzanie wybrzuszoną kępkę. Znaleźli pół tuzina zwykłych pisanek w zaczarowane ruchome wzorki, dwie kwadratowe i jedną walcowatą wydmuszkę z dziurką i napisem HEINEKEN, połyskującą metalicznie. Profesor przyglądała się tej ostatniej krytycznie, ale królik stanowczo wrzucił zdobycz do swojego koszyczka i odmówił udziału w dyskusji na temat pochodzenia pisanki.
Podczas poszukiwań wymieniali luźne uwagi na temat pogody i architektury krajobrazu. Królik grzecznie dopytywał o historię szkoły i dyplomatycznie o zainteresowania Snape’a.
- Bo wiesz... nie chcę ci się narzucać, ale ten eliksir, co go rozpracowujesz, to ci chyba nie wypali.
- Co?!
- No bo widzisz, jak dodasz wilczą jagodę do przedestylowanej celulozy mikrokrystalicznej dopiero w ostatnim stadium warzenia, to ci się wszystko zetnie. Musiałbyś zastosować katalizator, ale wtedy on zneutralizuje proces defibrylacji i...
- Słuchaj, ustalmy sobie jedno!!!! – profesor złapał bezpardonowo królika za białą kokardę – Nie waż się wściubiać więcej tego swojego kudłatego nosa w moje eliksiry, jasne?! – wycedził.
Królik odczekał, aż profesor się odsunie i wzruszył ramionami, poprawiając swój odświętny ubiór.
- Oki, Oki. Chciałem tylko pomóc. Aleś ty drażliwy. Wiesz, ty w ogóle jakiś taki sztywniak jesteś! Daj sobie trochę luzu, chłopie. Weź takie pisanki. Zbierasz je, jakbyś brał udział w jakiejś ceremonii tych, jak im tam, śmierciopijców... Jak-Zwał-Tak-Zwał. Tymczasem, chłopie, to zabawa ma być, rozrywka, czaisz? Luzik. Impreza. Jak po tej...
- No! Jesteśmy na terenie szkoły! – Snape wycelował w różową futerkową pierś swój chudy, żółtawy palec.
- Jak po karuzeli! – wycedził królik ze złością i pokręcił głową z niedowierzaniem i rozczarowaniem – Za kogo ty mnie uważasz???
Przez długą chwilę nie odzywali się do siebie. Snape przeszukiwał starannie jakiś krzak, kiedy poczuł ciężkie klepnięcie w ramię, aż zdudniło mu w piersi.
- Berek!!!! – wrzasnął królik i rzucił się do ucieczki.
Profesor, niepomny na długą pelerynę i pchany żądzą zemsty za zaskoczenie i łomot, rzucił się z furią za różowym stworzeniem. Na nic wyciągał swoje długie nogi, na nic wysilał całą swoją zręczność, jakiej dopracował się pod bokiem... Hm! Hm! I w ogóle całą swoją siłę i refleks, bo królik robił takie uniki, że nie było sposobu, by choćby musnąć jego różowe kudły. Wreszcie wywinąwszy się jak wąż, Snape odbił się ze wszystkich sił i skoczył w stronę, gdzie za ułamek sekundy spodziewał się królika. Rozległ się triumfalny okrzyk – mistrz eliksirów zacisnął swoje szponiaste palce na długim, pluszowo – miękkim, różowym uchu.
- Mam cię! Mam cię, skubańcu!!!! – wył radośnie na całe gardło, kiedy królik tarzał się po ziemi, usiłując wywinąć i zwijając ze śmiechu.
- Ała, ała! Moje ucho! Mój brzuch!!!!! – chichotał nieopanowanie dwumetrowy zwierzak, przebierając łapami w powietrzu – Wszystkie pisanki potłukliśmy! Poza tą z napisem! Człowieku, ale jazda!!!!
Uspokoili się wreszcie.
- Jejjjku! – jejknął królik, siedząc na ziemi z rozrzuconymi łapami i ciężko oddychając – Dawno nie spotkałem takiego przeciwnika.
Snape nie odpowiedział, bo zabrakło mu tchu. Odkłonił się tylko dostojnie. Powietrzem wstrząsnął głuchy odgłos, jakby nad szkołą przeleciał odrzutowiec. Oczywiście, hipotetyczny.
- To u mnie. Słowo daję, ale zgłodniałem! – wyznał królik roztasowując jaśniejsze futerko na brzuchu – Chyba przegapiliśmy lunch.
- Właśnie się spóźniamy na kolację – wyjaśnił Snape – Też chętnie coś wrzucę...
Wrócili do budynku. Królik stał przy kominku i grzał łapy przy ogniu, podczas gdy mistrz eliksirów przywoływała skrzaty domowe i wyjaśniał im, jak wyczyścić zabłoconą pelerynę i co podać na kolację.
- Coś śmierdzi... - zaniepokoił się nagle mistrz eliksirów, wciągając czujnie powietrze do haczykowatego nosa.
Królik nie odezwał się, podczytując przez ramię jeden z pergaminów i grzejąc łapy. Nagle wrzasnął i odskoczył od kominka, machając łapami w powietrzu.
-Jejku! – ‘j’ zabrzmiało nieprawdopodobnie wymownie – Przypaliłem sobie futerko!!!! A niech to!
Skubiąc osmalone włosy, kopnął kamienny kominek i zawył z bólu.
- Hej!!Hej!! bez paniki! – Snape złapał królika za futrzane ramiona i posadził na siłę w fotelu – Spokój mi tu!!!! Ciekawość zabiła królika... - mruknął z jadowitą satysfakcją.
- Tylko bez osobistych wycieczek! – uniósł się dumą poszkodowany – Poza tym nic mi nie jest! Tylko się przyczerniło. I jak ja teraz wyglądam!!!!
Z rozpaczą królik studiował łapy. Snape przewrócił oczami i wręcz niedbale rzucił zaklęcie, które przywróciło futerko do pierwotnego stanu.
- Wow!... No ty to jesteś! – z uznaniem wrzasnął królik – Co z tą kolacją?
Byli tak wygłodniali, że bez jednego słowa spustoszyli wszystkie talerze i półmiski podane przez skrzaty. Z rozpędu królik wtranżolił nawet kawałek schabowego i poprawił jajkiem w majonezie.
Ze sterczącymi brzuchami pół-leżeli przed kominkiem z kieliszkami pełnymi aromatycznego koniaku i kawałkami mazurka z bakaliami. Królik bez ceregieli wcisnął cały mazurek do pyska, popił koniakiem i przełknął głośno. Nie masz tu czegoś do tego... jakieś cygarko czy co?
- Palisz???? – oburzył się Snape.
- Nie rozśmieszaj mnie, widziałeś kiedyś królika z papierosem albo fajką?! Tylko tak... Okazja jest, koniaczek jest, kominek jest, towarzycho jest... - królik dolał sobie koniaku.
Snape wiercił się przez chwilę na miejscu, wreszcie jego ręka z różdżką wystrzeliła w stronę kunsztownie inkrustowanej szkatułki.
- Accio cygara!
Dwa tłuste cygara elegancko wylądowały na stoliku.
- Kubańskie?
Snape prychnął.
- Czy magia istnieje?
Zaciągnęli się głęboko i delektowali smogiem zanieczyszczającym ich płuca i przenikającym do krwioobiegu, powodując masowe powstawanie rakotwórczych wolnych rodników...
- Jejku! – jęknął w ekstazie królik – Sev, ty to jesteś... Jeszcze koniaczek?
- Nie żebym ci żałował, ale ni masz już dosyć? – mistrz eliksirów badawczo zerknął na malejące oczka królika – Dla ciebie tylko malutki.
Królik przytaknął bez mrugnięcia i nalał sobie kolejną pełniuteńką lampkę.
Królik beknał donośnie
- Muszszę tci sie do tczegoś przyznać, Sev. Ja ttych Świą po phostu ssserdecz-nie nie zzzznosze – wybełkotał – Ale koniaczek niczego sobie. Jeszsze po maluchu?
Snape zasłonił ręką oczy.
Kiedy je otworzył leżał na łóżku wtulony w puszyste różowe futerko. Zerwał się, przerażony usiłując odtworzyć wypadki wieczoru. Prawda. Sam położył się w pełnym ubraniu (które teraz gniotło i gryzło go niemiłosiernie). Królik musiał dołączyć dużo później. Później o dwie butelki koniaku.
Gość profesora otworzył ostrożnie jedno oko.
- O jejjjjku... - stęknął – aleśmy wczoraj dali... Ale wstyd... Mogę skorzystać z łazienki? Będę uważał, żeby nie zapchać odpływu futrem – obiecał z prawą ręką na sercu, a lewą uniesioną uroczyście w górę.
Snape machnął ręką i ziewnął.
-Super. To zamów śniadanie! Musze się zaraz zmywać. Wiesz, po świętach nie bardzo wypada...
Królik wyszedł po pół godzinie, pachnąć wodą kolońską Snape’a, otulony w jego aksamitny szlafrok. Spiorunowany wzrokiem mistrza eliksirów, obciągnął szlafrok zażenowany.
- Wiesz, tego... nie mogłem się oprzeć... Sorki, Sev. Nie gniewasz się, nie?
Snape znowu machnął ręką.
- Jak to jest właściwie – zainteresował się w naukowym zamyśleniu profesor – Ktoś was przysyła, wyznacza rewiry, jak to nazwałeś, czy jest jakiś inny system?
Królik łypnął nieco niespokojnie na gospodarza, wycierając futerkowe policzki i starannie składając sztućce i serwetkę.
- No wiesz, sam nie wpadłbym na to, żeby tu zajrzeć. Faktycznie jajka w krzakach Hogwartu... żeby chociaż Dumbledore został na Święta, to jeszcze, sam zresztą pewnie przetrzepałby każdą kępę trawy w okolicy, żeby znaleźć jak najwięcej... Ale tak?
Potworne podejrzenie zabłysło piekielnymi ogniami w nieprzeniknionych czarnych źrenicach Snape’a.
- Dobra. Dawaj. Kto. Cię. Przysłał!? – wycedził przez zaciśnięte zęby i wiedząc, jaką odpowiedź usłyszy.
Królik odchrząknął niepewnie i spuścił wzrok.
- No... wiesz... Ta. Autorka, znaczy się – pociągnął nosem dla kurażu.
- Szszszsztuczna szszszczęka Merlina! To znowu ONA!!!! – ryknął desperackim głosem profesor.
- Sorki, Sev. To spadam! Jjjejjjjjku, ale mnie głowa nawala, chyba łyknę jakiś Alca-Primek! Ale koniaczek był przedni – wycelował w Snape’a obie łapy - Do następnych Świąt! Jejku, ale fajnie cię było poznać! Słowo daję! Aleśmy dali! Pa!
I deportował się ze świstem.

Do góry!